Kuratas vs. Eagle Prime, cz. 1

Megabots ruszają, mech unosi ramię i, tak, Beczkozniszczenie, podwójne Beczkozniszcznie! Kuratas zdaję się zszokowany. Czym odpowie na ten bezprzykładny pokaz brutalności? Publiczność zamarła, na trybunach panuje cisza. Czy dobrze widzę? Dronoprzeszkadzacz! Zostaje rozbity na kokpicie MK3 ograniczając widoczność pilotów. Kuratas przechodzi do ofensywy. Plujokulki! Eagle Prime ugina się pod nawałnicą pocisków! Podjeżdża do lampy. Czy zastosuje Światłozniszczenie? To pytanie stawiają sobie piloci. To pytanie stawia sobie publiczność. To pytanie stawia sobie ludzkość. Wyciąga zakrwawioną od farby dłoń. Światłozniszczenie! Z Iskrosypieniem! Skraca dystans. Tak! Udane Piłomacanie! I Defensywne Pięściotrzymanie. Co za piękne kombo. Pancerz Kuratasa topnieje w oczach, ale czy to naprawdę koniec?

Doczekaliśmy się! A przecież nie musieliśmy. Jeszcze niedawno nietrudno było sobie wyobrazić, że nikt nie zajmie się na poważnie walką Mechami za naszego życia. Drzwi zostały jednak otwarte i liga dziesięciotonowych maszyn nie jest już tylko fantazją. Mechy zdolne podnieść samochód i zamienić go w poskręcany wrak stoją naprzeciw siebie i świat nie jest już taki sam. No… może też nie bardzo się jeszcze zmienił, ale iskra poszła i niczego nie da się teraz zatrzymać.

Koordynator jest dumny… a gdzie miecz?

Latem 2015 roku liderzy amerykańskiego Megabots wystosowali do japońskiego Suidobashi Heavy Industry proste pytanie: „NA SOLO?” Kogoro Kurata odpowiedział: „ZBIERAJCIE NA DENTYSTĘ”. Mniej więcej. Najciekawsze jest, że obydwie strony podchodziły do tego pomysłu nieco inaczej. Kurata jest kowalem, zajmuje się produkcją zdobionych ogrodzeń i przeróżnych akcesoriów ogrodowych oraz modeli Votomsów w skali 1:1. Jego Mech jest przede wszystkim dziełem, stworzonym z czystej potrzeby japońskiego Mecha. Matt Oehrlein oraz Gui Cavalcanti podeszli do sprawy z nie mniejszym rozmachem, ale zdecydowani byli stworzyć organizację, która przyniesie pieniądze oraz sławę. Żel we włosach, skarpetki w barwach amerykańskiej flagi oraz lustrzanki pożyczone od Cobry dopełniały wielkiego, amerykańskiego marzenia o Mechu. A amerykańskie marzenia mają szczególną tendencję do realizacji.

Przenieśmy się teraz kilka lat wstecz, do wielkiego warsztatu, pełnego zdezelowanych samochodów, pachnącego olejem, rozgrzaną stalą oraz huczącym silnikami testowanych maszyn.

A masz na TO uprawnienia, Ripley?

Walka zaczęła się właśnie tutaj, od budowy następcy Iron Glory, pokazywanego na lewo i prawo na każdym większym konwencie fantastyki, robotyki oraz zbierającego sponsorów, mających umożliwić powstanie MK3 „Eagle Prime”. Przedsięwzięcie nie było łatwe. Brakowało dobrego, stabilego podwozia oraz silnika. Zadanie zostało oddelegowane do firmy Howe & Howe, zajmującej się produkcją bardzo nietypowych maszyn, głównie do filmów. Stworzyli niesamowity produkt i póki co nie ma żadnego, który zrobiłby to lepiej.

Max Rockatansky parkuje.

Silnik Korwety, połączony z napędem gąsienicowym robi wrażenie nawet bez Mecha. Próbne testy na placu przed warsztatem wyglądały świetnie. Maszyna jest szybka, zwrotna i dobrze radzi sobie w trudnym terenie. Najtrudniejsze zadanie zostało wykonane.

Znowu umarłeś. Weź się ogarnij, próbujemy pracować.

Nie mniejszą wagę poświęcono nadwoziu. Iron Glory miała swoje wady, na przykład wysoką śmiertelność pilotów. Żadni ludzie nie doznali szkody, ale kukły kończyły z rozległymi obrażeniami klatki piersiowej oraz połamanymi nogami. Był to dość istotny aspekt projektu, ponieważ a) martwi ludzie nie dostają swoich pieniędzy oraz b) inwestorzy zapewne będą unikać widowiska pełnego wyprutych flaków. Problem był na tyle poważny, że model MK3 posiada już wzmocniony, bardziej szczelny kokpit oraz mocne szyby, zamiast metalowej siatki. Ze względów bezpieczeństwa uzbrojenie, zdolne zabić człowieka jednym strzałem, trzeba było dostosować do oczekiwanego efektu: zwycięstwa bez ryzyka trwałego uszczerbku na zdrowiu żadnego z zawodników.

I-RON, IROM MAN!

Suidobashi Heavy Industry również pracowało na pełnych obrotach, ale z natury mniejszym medialnym rozmachem niż Amerykanie. Nie potrzebują rozkręcać światowej ligi, ani milionów dolarów, więc niewiele wiadomo o ich problemach i sukcesach. Jedno jest pewne: stworzenie bojowego Mecha jest trudne. Jestem pod wrażeniem inżynieryjnego aspektu widowiska oraz ogromu pracy włożonej przez liderów i pracowników obydwu organizacji. Godziny testów, spawania, programowania, odlewania, ponownych testów, konstruowania dźwigów, użycie ciężkiego sprzętu budowlanego pokazywało skalę przedsięwzięcia. Ciągłe awarie, łatane kable oraz zwyczajne wypadki nie są niczym przyjemnym. Podczas pokazu prototypu MK1 Matt Oehrlein dostał po twarzy płynem z eksplodującej baterii, który na szczęście udało mu się szybko zetrzeć. Praca nad Mechem sprawia wrażenie niezłej zabawy, co nie jest bardzo dalekie od prawdy, ale wymaga też odpowiedzialnego zachowania oraz przestrzegania przemysłowych standardów BHP.

Mówiłem, żebyś przeparkował.

Nadszedł jednak dzień, kiedy nienaprawione musiało pozostać nienaprawionym, a niedokończone niedokończonym. Obydwa Megaboty zostały umieszczone w kontenerze, zapakowane na naczepę, a następnie na statek płynący prosto do Japonii. Wraz z maszynami powędrowała amerykańska załoga pilotów, techników oraz sztab medialny, mający za zadanie zadziwić świat… oraz inwestorów. Ale to już kolejna opowieść.

Dodaj komentarz